W połowie marca rozpocznie się kolejny sezon zmagań kierowców w Formule 1. Pomimo tak krótkiego okresu, jaki pozostał do rozpoczęcia rywalizacji nadal nie wiadomo, ile zespołów stanie na starcie do wyścigu o Grand Prix Bahrajnu. Wprawdzie ilość ekip jest już zatwierdzona, jednak niektóre z zespołów, które zgłosiły się do tegorocznych rozgrywek nie są na 100 procent pewne tego, że uda im się przygotować na pierwszy wyścig.

Możliwa jest taka sytuacja, że F1 Campos i US F1 opuszczą trzy pierwsze wyścigi. Teamy te są dosyć mocno opóźnione w przygotowaniach i mogą nie być w stanie wystawić bolidów na początku sezonu. Mogą tak uczynić, gdyż zgodnie z przepisami maja taką możliwość. Łączy się to jednak z brakiem wpłacenia przez zarząd Formuły 1 zaliczki w wysokości 10 mln dolarów na konta, co może okazać się znaczącą stratą dla tych zespołów w kontekście udziału w dalszych rozgrywkach. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że włodarze F1 ze zbyt dużym optymizmem podeszli do kwestii przyjmowania nowych zespołów. W poprzednich sezonach udział brało z zasady dziesięć teamów, z których jeden lub dwa i tak zawsze miał kłopoty finansowe, natomiast w tej chwili dopuszczono czternaście ekip.

Kilka z nich budowanych jest z dnia na dzień i wygląda na to, że będą miały kłopot jeśli nie z wystartowaniem to zapewne z ukończeniem rozgrywek. Przykład zeszłoroczny teamu Brawn GP, który to debiutując zdobył mistrzostwo podziałał zapewne na wyobraźnię niektórych osób, które jednak zapomniały o tym, że zespół ten powstał na zrębach Hondy. Ostatnio pojawiły się również informacje o kłopotach finansowych Force India. Zespół ten nie przedłożył w wymaganym czasie sprawozdań finansowych i w związku z tym istnieje prawdopodobieństwo, że boryka się z pewnymi trudnościami. Z drugiej strony jest kilka ekip, które na tego typu kłopoty nie narzekają i z zapałem i wielkim animuszem przystąpiły już do testów swoich najnowszych bolidów. Pierwsze treningi i sprawdzanie samochodów odbywają się w Hiszpanii, gdzie testowanych jest około dziesięciu samochodów różnych stajni. Każdego dnia na torze pojawia się jeden kierowca danego zespołu. Patrząc na te przygotowania do sezonu, można oczekiwać wielkich emocji i dramaturgii. Oby w pełnym składzie od początku do końca.

Od 2006 roku kibice w Polsce posiadają nowego idola, którego osiągnięcia sprawiają, że przed telewizorami zbiera się bardzo pokaźna liczba widzów. Odkąd Robert Kubica został kierowcą bolidu Formuły 1, prawie czterdzieści milionów Polaków stało się ekspertami od tego sportu. Jak dobrze wiadomo Polacy znają się doskonale na polityce, medycynie i sporcie, tak więc nikogo już nie dziwi fakt, że przeciętny mieszkaniec naszego kraju od razu jest w stanie określić, z jaką ilością paliwa w baku wyruszył na tor dany zawodnik, czy mieszanka z jakiej stworzone są opony jest odpowiednia do warunków panujących na torze i czy zespół dobrał odpowiednią strategię.

Robert Kubica stał się bardzo popularną postacią i bardzo znaną, jednak jest z nim pewien problem, który sprawia, że „Kubicomania” nie wybuchła z wielkim hukiem. Otóż on sam niespecjalnie zabiega o tę popularność. Nie udziela zbyt wielu wywiadów, w kraju przebywa niezmiernie rzadko, nie wywołuje skandali. Nawet jego oficjalne wypowiedzi są zazwyczaj stonowane i tylko wytrawne ucho może w nich usłyszeć niekiedy delikatną nutkę ironii lub rozpoznać doskonale zawoalowaną zgryźliwość. Przez to nie jest to bohater taki, jak na przykład piosenkarze walczący o tanią popularność czy bohaterowie telenowel, hurtowo zapisujący się na wszelkie kursy tańca i śpiewu, żeby móc tylko załapać się do kolejnej edycji tandetnego show.           Kubica robi to, czego nie potrafi większość wychowanych w naszym kraju sportowców czy celebrytów, a mianowicie skupia się na swojej własnej profesji i wykonuje najlepiej to, co tak świetnie potrafi. Dlatego, choć jego nazwisko jest powszechnie znane, wiedza o nim, o jego życiu prywatnym jest znikoma. Prawdopodobnie tylko nieliczni znajomi z kręgu sportów motorowych mogą o nim coś więcej powiedzieć. Dzięki temu jednak odnosi takie sukcesy, gdyż gdyby zwyczajnie, „po polsku” zaczął rozmieniać się na drobne, zakończyłby swoją karierę o wiele szybciej, niż ją zaczął. Inna sprawa to taka, że zawody z jego udziałem są dla przeciętnego kibica praktycznie dostępne tylko dzięki telewizji. Mało kogo stać na to, aby wybrać się na któreś z Grand Prix, nie mówiąc już o regularnym śledzeniu na żywo jego poczynań. Przez to też szał na jego punkcie nie jest tak wielki, jak można było się tego spodziewać.